CISZA

Dwa tygodnie później


Steve Lakes bardzo nie lubił, żeby z nim pogrywać, nie miał też litości dla tych, którzy jednak próbowali. Jeśli czegoś nauczył się w swoim czterdziestoletnim życiu, to na pewno tego, że miękkie serce jest największą przeszkodą w zarabianiu pieniędzy. Jako właściciel kilkunastu czynszowych domów wyznawał prostą zasadę: płacisz – mieszkasz. Nie płacisz – wynocha. Ścisłe przestrzeganie tej prostej zasady wyrobiło mu opinię twardego landlorda a plotki krążące po okolicy, opisujące jego gangsterskie metody ściągania czynszu z opornych lokatorów bynajmniej mu nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie – już jakiś czas temu zauważył, że tego typu opinia pracuje wyłącznie na jego korzyść.

Steve zaparkował swojego błyszczącego pickupa tuż obok odrapanej, pokrytej graffitti furgonetki z oderwanym zderzakiem. Przez chwilę taksował wzrokiem grata, starając się oszacować jego wartość i zastanawiając się, czy opłaci mu się zająć kupę złomu w ramach rekompensaty za zaległy czynsz.

Walpole Road to obskurna ulica w sercu Boscombe a co drugi dom stojący przy niej prosił się o solidny remont, jeśli nie o wyburzenie. Zielony skwer po prawej stronie noszący dumną nazwę Churchill Gardens stanowił utrapienie stróżów prawa patrolujących okolicę. Zarośnięty gęsto krzakami teren stanowił świetną kryjówkę dla meneli i narkusów, którzy oddawali się tam chlaniu i ćpaniu, nader często załatwiając przy tym swoje porachunki. Obsługujący ten rejon funkcjonariusze musieli opanować topografię wydeptanych w zaroślach ścieżek ścigając nimi lokalnych rozrabiaków a wszelkie petycje do Rady Miasta o wycięcie tej gęstwy jak na razie rozbijały się o ścianę biurokratycznej niemocy.

Stając pod odrapanymi drzwiami Steve Lakes westchnął ciężko. Choćby bardzo się starał, nie potrafiłby zliczyć, ile razy już to przerabiał. Niby rutyna, ale nikt nie wie, ile człowieka kosztuje użeranie się z lokatorami nie płacącymi czynszu, dopóki sam tego nie doświadczy. Większość z wynajmujących jego mieszkania stanowiły doły społeczne – samotne matki na zasiłku, alkoholicy, w najlepszym przypadku zarabiające minimum odpady klasy robotniczej. Zdarzali się pracujący na czarno nielegalni imigranci, wszelkiej maści podejrzane typy i prostytutki – tutaj Steve wykazywał się wyjątkowym liberalizmem, który sięgał tak daleko, jak długo płacony był czynsz. W przypadku lokatorów tego domu, pary oberwańców z małym dzieckiem, limity cierpliwości Steve’a właśnie uległy wyczerpaniu.

Zrezygnowanym wzrokiem popatrzył na śmieci wysypane z przewróconego kubła, rozprute plastikowe torby zaścielające frontowy ogródek, a potem nabrał powietrza w płuca i mocno wcisnął przycisk dzwonka. Odczekał kilkanaście sekund i załomotał pięścią. Ponieważ nie doczekał się żadnej reakcji, przyłożył ucho do drzwi. W środku panowała grobowa cisza, ale wiedział, że nie należy tutaj wyciągać pochopnych wniosków.

Dla zasady zastukał jeszcze raz, a potem sięgnął do kieszeni, skąd wyciągnął pokaźnych rozmiarów pęk kluczy. Kolejna nauczka, której udzieliło mu życie: zachowując duplikaty kluczy do mieszkań nie będziesz zmuszony rozwalać zamków, co w skali rocznej może przynieść spore oszczędności..

Steve Lakes widział już w swoim życiu niejedno, więc otwierając drzwi do mieszkania przygotowany był na wszelkiego rodzaju syf. Czegóż innego mógł się spodziewać po parze brudasów, którzy słuchają zjebanej, hałaśliwej muzyki i ubierają się tak, jakby w ciuchy zaopatrywali się na miejskim wysypisku? Nie byłby zbyt zaskoczony, jakby okazało się, że coś ćpają – chłopak raczej nie wyglądał na okaz zdrowia, dziewczyna też była zbyt chuda jak na jego gust. Szkoda tylko dzieciaka, że wychowuje się w takich warunkach, ale to już nie jego problem.

Stojąc w progu, już wiedział, że w domu nie ma żywej duszy. Gdyby było inaczej, tym momencie miałby już naprzeciw siebie wściekłych lokatorów, którzy darliby się na niego żeby wypierdalał w cholerę, oskarżając o bezprawne najście, na zmianę grożąc wezwaniem policji i zapewniając, że musiał się pomylić, bo czynsz na pewno zapłacili w terminie.

Steve pociągnął nosem – coś tutaj ewidentnie się psuło. Smród stawał się gorszy z każdym krokiem, kiedy przemierzał przedpokój. Przechodząc, zajrzał mimochodem do małej kuchni po prawej stronie – syf w niej panujący z nawiązką spełniał jego oczekiwania: na blacie kuchennym walały się puste butelki po mleku, puszki po piwie i przetłuszczone kartony po pizzy, stertę brudnych talerzy spiętrzonych w zlewie upiększały poprzysychane resztki jedzenia. Znów pociągnął nosem, dochodząc do wniosku, że jednak zepsute jedzenie nie może powodować aż takiego smrodu, źródło musiało znajdować się w innym miejscu.

Wszedł do pokoju i aż go cofnęło. Na poplamionej sofie pół siedział, pół leżał jego lokator. W jednej chwili Steve zrozumiał, że chłopak nie żyje – otwarte szeroko oczy utkwione były nieruchomo w sufit, a kolor skóry zdołał już nabrać szaro – ziemistego koloru.

Przytykając rękaw do twarzy, żeby zminimalizować wdychany odór, Steve analizował szczegóły. Strumyczki zaschniętej krwi wypływającej z uszu trupa dziwnie kontrastowały z wyszczerzonymi w makabrycznym uśmiechu zębami, co kazało przypuszczać, że przenosząc się do lepszego świata chłopak musiał być bezgranicznie szczęśliwy. W ramionach trzymał elektryczną gitarę, błyszczące cacko, pomalowane w czaszki i płomienie.

Steve czuł w sobie wzbierającą wściekłość. Z przykrego doświadczenia wiedział, że wymiana wszystkich sprzętów w domu, dezynfekcja i generalny remont będą kosztować go ładnych kilka setek, jeśli nie więcej, nie licząc czasu, który straci, podczas gdy mieszkanie będzie wyłączone z użytku. Do tego użeranie się z policją, niewygodne pytania i wtykanie nosa w różne delikatne szczegóły jego biznesu – to ostatnia rzecz, jakiej potrzebował.

A niech to! Był tak wściekły, że ledwo powstrzymał się, żeby nie kopnąć obutej w zdartego martensa nogi, wyciągniętej sztywno w poprzek pokoju, wtedy jego wzrok padł ponownie na gitarę zamkniętą w objęciach nieboszczyka.

Steve Lakes nigdy nie był koneserem muzyki, zwykle słuchał tego, co leciało w radio. Nie znał się też na instrumentach, w życiu na żadnym nie grał. Ale wystarczyło rzucić okiem na to cudo, żeby zdać sobie sprawę, że ma się do czynienia ze sprzętem o znacznej wartości. Gitara miała w sobie coś, co przyciągało wzrok, wręcz jaśniała w tym ponurym, śmierdzącym pokoju.

Przezwyciężając naturalne obrzydzenie, mężczyzna pochylił się nad zwłokami i sięgnął po gryf. Złapał i pociągnął do siebie. Ponieważ palce martwego chłopaka wciąż zaciskały się na instrumencie, przez chwilę wyglądało, jakby się siłowali. Widząc, że nieboszczyk nie zamierza puścić, Steve postanowił zmienić taktykę. Gorączkowo przełykając ślinę, zaczął

odchylać palce trupa. W tym momencie zauważył, że są one zdarte do kości. Białe paliczki wyłaniały się w miejscu, gdzie powinny być opuszki, sino podbiegnięte paznokcie ledwo trzymały się na skórze.

Ten widok sprawił, że zawartość żołądka podeszła mu do gardła, a w następnej chwili cały obfity lunch, który Steve spożył niecałą godzinę temu wylądował na podłodze.

Przez chwilę trwał pochylony, ciężko oddychając, potem z kieszeni płaszcza wyciągnął chustkę i wytarł usta. Ktoś inny może by się w tym momencie poddał, ale nie on. Ponownie pochylił się nad zmarłym i jednym gwałtownym ruchem, jakby z zaskoczenia, szarpnął za gitarę.

Tym razem się udało. Pusta, pokancerowana dłoń opadła na sofę i Steve miał wrażenie, że wyraz twarzy trupa zmienił się nagle. Przestał się kretyńsko uśmiechać, teraz wyglądał po prostu jak przeciętny, nadpsuty nieboszczyk.

Starając się nie dotykać instrumentu tam, gdzie spoczywały dłonie trupa, mężczyzna skierował się do wyjścia. Teraz będzie trzeba zadzwonić po gliny, pomyślał, ale myśl ta nie drażniła go już tak bardzo, jak przed chwilą.

Przechodząc przez przedpokój usłyszał jakiś odgłos. Z górnego piętra domu, gdzie znajdowała się sypialnia dobiegł go jakby jęk. Odwrócił się w kierunku schodów. Teraz nie było żadnych wątpliwości – na piętrze ktoś jęczał. Cicho, ale rozpaczliwie.

- No ja pierdolę – pomyślał. – Tylko tego mi tu brakowało.

Niechętnie odstawił gitarę pod ścianę i ruszył po schodach na piętro.




Piętnaście minut później


Pierwszy radiowóz podjechał pod dom na sygnale. Ci z okolicznych mieszkańców, którzy rzucili się do okien, mieli szansę na własne oczy zobaczyć epilog historii, którą potem Daily Echo miało wałkować przez cały następny tydzień; historii która wstrząsnęła Boscombe, choć ta dzielnica widziała już niejedno.

Steve Lakes czekał na gliniarzy na zewnątrz, próbując oddychać przez usta. Nieporównywalny z niczym innym, słodkawy, trupi zapach otaczał go gęstą chmurą, wirował w nosie i dusił w gardle. Odór musiał przesiąknąć całe jego ubranie i Steve przelotnie pomyślał o swoim ulubionym płaszczu z wielbłądziej wełny, za który zapłacił fortunę i który będzie zmuszony wyrzucić, gdyż wiedział, że nie ma na świecie środka piorącego, który byłby w stanie wywabić ten smród. Prawdopodobnie zrobiłby to już teraz, w tym momencie, na razie jednak płaszcz był mu potrzebny – otulał nim znalezione w mieszkaniu dziecko. Chłopiec miał nie więcej niż rok i najwidoczniej znajdował się w stanie szoku. Wychudzony, trzęsący się z zimna i strachu, poczuwszy przy sobie bliskość żywego człowieka, kurczowo objął Steve’a rączkami za szyję i przytulił się do niego z całej siły. Steve nawet nie próbował sobie wyobrazić, co dzieciak musiał przeżyć.

Kiedy wszedł do sypialni na piętrze, znalazł tam trupa dziewczyny. Leżała skulona na łóżku, odziana tylko w majtki i podarty podkoszulek. Oboma rękami zakrywała uszy, spomiędzy palców wypływały strumyczki zaschniętej krwi, a jej twarz wykrzywiał grymas bólu.

Sądząc po zapachu, który sprawiał, że Lakes’owi żołądek podchodził do gardła, musiała być martwa od co najmniej dwóch dni. Jej skóra zdążyła już przybrać ten sam kolor, co u chłopaka na parterze. Lecz tym, co najbardziej wstrząsnęło mężczyzną, to obecność dziecka w tej trupiarni. Zapłakany malec siedział na łóżku obok martwej matki, wciąż szarpiąc jej ramię, starając się ją obudzić. Nie zanosił się głośnym płaczem, raczej wydawał z siebie rozpaczliwe, jękliwe odgłosy. Steve działał jak automat – po prostu podszedł do łóżka, porwał dzieciaka na ręce i wybiegł na ulicę. Potem zaczął dobijać się do drzwi sąsiedniego domu, natarczywie żądając od przerażonej sąsiadki, kiedy wreszcie otworzyła, żeby natychmiast zadzwonić po karetkę i policję.

Jak przez mgłę rejestrował resztę wydarzeń – przyjazd policjantów i służb medycznych, zbiegowisko gapiów, zamieszanie i chaos. Po prostu stał na chodniku przed domem, tuląc do siebie dzieciaka. W jego głowie zatrzymał się na stop - klatce przerażający obraz – rozgrzebane łóżko, siny trup dziewczyny i ten mały chłopiec, który wciąż rozpaczliwie wierzył, że jego mama tylko śpi. Steve Lakes widział już w swoim życiu niejedno, ale to, co zobaczył w swoim czynszowym domu, wstrząsnęło nim do głębi.

- Cicho już, nie płacz. Wszystko będzie dobrze – szeptał do chłopca, choć wiedział, że kłamie. To, co się wydarzyło będzie rzutować na całe życie tego małego człowieka.

Później, kiedy już przekazał malca służbom medycznym, złożył wyjaśnienia i wsiadł do swojego auta, zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie ma za sobą najgorszy dzień w swoim dotychczasowym życiu.

A może jednak nie?

Odwrócił się i spojrzał na tylne siedzenie. Leżała tam gitara, malowana w płomienie i trupie czaszki, o którą musiał stoczyć walkę z trupem.

Nie pamiętał momentu, kiedy wyniósł ją z domu i włożył do auta. Musiał to zrobić jeszcze przed przyjazdem policji, działając w szoku. Prawdopodobnie złamał prawo, nie powinien zabierać przecież żadnych przedmiotów z potencjalnego miejsca zbrodni, ale nie przejmował się tym.

Gitara była piękna i posiadanie jej sprawiało, że poczuł się szczęśliwy.


Featured Posts
Recent Posts
Search By Tags
No tags yet.
Follow Us
  • Facebook Classic
  • Twitter Classic
  • Google Classic

POLUB

  • Facebook Classic

KRASNOWOLSKIEGO